piątek, 13 marca 2026

IV Niedziela Wielkiego Postu - A

 1 Sm 16:1B.6-7.10-13a

Rzekł Pan do Samuela: Napełnij oliwą twój róg i idź: Posyłam cię do Jessego Betlejemity, gdyż między jego synami upatrzyłem sobie króla. Kiedy przybyli, spostrzegł Eliaba i mówił: Z pewnością przed Panem jest jego pomazaniec. Pan jednak rzekł do Samuela: Nie zważaj ani na jego wygląd, ani na wysoki wzrost, gdyż nie wybrałem go, nie tak bowiem człowiek widzi , bo człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce. I Jesse przedstawił Samuelowi siedmiu swoich synów, lecz Samuel oświadczył Jessemu: Nie ich wybrał Pan. Samuel więc zapytał Jessego: Czy to już wszyscy młodzieńcy? Odrzekł: Pozostał jeszcze najmniejszy, lecz on pasie owce. Samuel powiedział do Jessego: Poślij po niego i sprowadź tutaj, gdyż nie rozpoczniemy uczty, dopóki on nie przyjdzie. Posłał więc i przyprowadzono go: był on rudy, miał piękne oczy i pociągający wygląd. - Pan rzekł: Wstań i namaść go, to ten. Wziął więc Samuel róg z oliwą i namaścił go pośrodku jego braci. Począwszy od tego dnia duch Pański opanował Dawida.

Ef 5:8-14

Niegdyś bowiem byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu: postępujcie jak dzieci światłości! Owocem bowiem światłości jest wszelka prawość i sprawiedliwość, i prawda. Badajcie, co jest miłe Panu. I nie miejcie udziału w bezowocnych czynach ciemności, a raczej piętnując, nawracajcie [tamtych]! O tym bowiem, co u nich się dzieje po kryjomu, wstyd nawet mówić. Natomiast wszystkie te rzeczy piętnowane stają się jawne dzięki światłu, bo wszystko, co staje się jawne, jest światłem. Dlatego się mówi: Zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus.

J 9:1-41

Jezus przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia.

Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym - on czy jego rodzice? Jezus odpowiedział: Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale /stało się tak/, aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata. To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: Idź, obmyj się w sadzawce Siloe - co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze? Jedni twierdzili: Tak, to jest ten, a inni przeczyli: Nie, jest tylko do tamtego podobny. On zaś mówił: To ja jestem. Mówili więc do niego: Jakżeż oczy ci się otwarły? On odpowiedział: Człowiek zwany Jezusem uczynił błoto, pomazał moje oczy i rzekł do mnie: Idź do sadzawki Siloe i obmyj się. Poszedłem więc, obmyłem się i przejrzałem. Rzekli do niego: Gdzież On jest? On odrzekł: Nie wiem.

Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. A tego dnia, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę. Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu. Inni powiedzieli: Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki? I powstało wśród nich rozdwojenie. Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: A ty, co o Nim myślisz w związku z tym, że ci otworzył oczy? Odpowiedział: To prorok. Jednakże Żydzi nie wierzyli, że był niewidomy i że przejrzał, tak że aż przywołali rodziców tego, który przejrzał, i wypytywali się ich w słowach: Czy waszym synem jest ten, o którym twierdzicie, że się niewidomym urodził? W jaki to sposób teraz widzi? Rodzice zaś jego tak odpowiedzieli: Wiemy, że to jest nasz syn i że się urodził niewidomym. Nie wiemy, jak się to stało, że teraz widzi, nie wiemy także, kto mu otworzył oczy. Zapytajcie jego samego, ma swoje lata, niech mówi za siebie. Tak powiedzieli jego rodzice, gdyż bali się Żydów. Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wyłączony z synagogi. Oto dlaczego powiedzieli jego rodzice: Ma swoje lata, jego samego zapytajcie!

Znowu więc przywołali tego człowieka, który był niewidomy, i rzekli do niego: Daj chwałę Bogu. My wiemy, że człowiek ten jest grzesznikiem. Na to odpowiedział: Czy On jest grzesznikiem, tego nie wiem. Jedno wiem: byłem niewidomy, a teraz widzę. Rzekli więc do niego: Cóż ci uczynił? W jaki sposób otworzył ci oczy? Odpowiedział im: Już wam powiedziałem, a wyście mnie nie wysłuchali. Po co znowu chcecie słuchać? Czy i wy chcecie zostać Jego uczniami? Wówczas go zelżyli i rzekli: Bądź ty sobie Jego uczniem, my jesteśmy uczniami Mojżesza. My wiemy, że Bóg przemówił do Mojżesza. Co do Niego zaś nie wiemy, skąd pochodzi.

Na to odpowiedział im ów człowiek: W tym wszystkim to jest dziwne, że wy nie wiecie, skąd pochodzi, a mnie oczy otworzył. Wiemy, że Bóg grzeszników nie wysłuchuje, natomiast Bóg wysłuchuje każdego, kto jest czcicielem Boga i pełni Jego wolę. Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic czynić. Na to dali mu taką odpowiedź: Cały urodziłeś się w grzechach, a śmiesz nas pouczać? I precz go wyrzucili.

Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go rzekł do niego: Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego? On odpowiedział: A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył? Rzekł do niego Jezus: Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie. On zaś odpowiedział: Wierzę, Panie! i oddał Mu pokłon. Jezus rzekł: Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, aby ci , którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą stali się niewidomymi. Usłyszeli to niektórzy faryzeusze, którzy z Nim byli i rzekli do Niego: Czyż i my jesteśmy niewidomi? Jezus powiedział do nich: Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: "Widzimy", grzech wasz trwa nadal.


Homilia

Czy ty wierzysz w Syna Bożego?

Pytanie Jezusa skierowane do uzdrowionego niewidomego: "Czy wierzysz w Syna Bożego?" jest nieustannie aktualne. To pytanie jest stale kierowane do mnie, do Ciebie, do tych wśród których żyjesz, do każdego z nas. I każdy z nas powinien je sobie ustawicznie zadawać: "Czy ja wierzę naprawdę w Syna Bożego?" Od odpowiedzi na to pytanie zależy przecież całe moje życie, wszystko co robię i czego robić nie powinienem. Co więcej od odpowiedzi na to pytanie zależy nie tylko moja doczesna przyszłość, ale także cała moja wieczność!

Oczywiście odpowiedź nie jest ani prosta, ani łatwa. Uzdrowiony niewidomy -w dzisiejszej Ewangelii- zadał pytanie, "A któż to jest, abym w Niego uwierzył?" Ja wiem, kim On jest, znam Go, bo jestem katolikiem, bo mi o Nim powiedziano. I dlatego powinienem zadać sobie być może inne pytanie: "A co to znaczy wierzyć w Niego? Jakie są tego konsekwencje?" A może: "Co robić, aby wiara moja nie była tylko pustą, słowną deklaracją bez pokrycia? Wielu się do Niego (dla różnych zresztą celów i powodów) przyznaje, wielu deklaruje wiarę w Niego, ale niewielu chce zgodnie z tymi słownymi deklaracjami postępować. Czy aby nie jestem jednym z nich? Czy aby wiara moja nie ogranicza się tylko do słownych deklaracji, które ostatecznie tak niewiele kosztują i które zawsze można -w razie potrzeby- zmienić, boć przecież "tylko krowa nie zmienia swoich poglądów". I czy to będzie biskup, ksiądz, czy zakonnik, żona, matka, czy ojciec, dyrektor, czy księgowy, student czy palacz centralnego ogrzewania ... każdy musi sobie na te właśnie pytania uczciwie i konkretnie odpowiedzieć.

Chrystus nie pyta: "Czy wierzysz w księdza, proboszcza, katechetkę, ale czy wierzysz we Mnie? Czy wierzysz mi, bez względu na to, co inni robią i jak się zachowują? Zdanie i zarzut: "Przestałem wierzyć w Boga, bo taki lub inny ksiądz mnie zraził" jest tylko wymówką, jest tylko szukaniem kozła ofiarnego.

Chrystus stale mnie osobiście indaguje; "Czy wierzysz we mnie?" A przy zmartwychwstaniu zada jeszcze jedno pytanie: "Co z tą wiarą zrobiłeś?" Co Mu wtedy odpowiem?

I jeszcze jedno. Porażająca jest ślepota współczesnego świata, który nie chce widzieć w Chrystusie Boga i Zbawiciela. Jesteśmy jak faryzeusze w naszym powtarzaniu: „A kto śmie nas pouczać, nas oświeconych!!” Porażająca i przerażająca jest ślepota współczesnego człowieka.


Homilia alternatywna I

Światłość świata

Dziwna ślepota, która ogarnia ludzi, jest chorobą nie oczu, ale duszy.  Człowiek dostrzega wtedy to, co chce widzieć i tak, jak chce widzieć. Taka  choroba zniekształca rzeczywistość i powoduje, że  zaślepiony człowiek żyje  w świecie ułudy i mirażów, a nie w świecie realnym. Skutki tego typu schorzenie są dwojakie- nie tylko nie zauważamy żyjącego obok nas bliźniego, ale i sam Bóg znika z naszego pola widzenia.. Co więcej, ta fragmentaryczna percepcja jest niejednokrotnie tylko projekcją naszych pragnień i oczekiwań, a nie  kontaktem z realnymi obiektami rzeczywistości. I dlatego Chrystus proponuje nam uzdrowienie, przywrócenie wzroku, abyśmy mogli ujrzeć świat taki, jakim Bóg go stworzył i jakim Bóg go widzi (1Sm 16:7). Nasz bowiem ogląd nie jest ani prawdziwy, ani dogłębny, a pozory przecież mylą. To, co my sami bierzemy za trwałe i ważne, okazuje się ulotne i drugorzędne. Bóg bowiem inaczej patrzy i widzi inaczej. Wybiera to, co słabe i to, co wzgardzone przez człowieka, aby nikt wobec Boga się nie chełpił (1 Kor 1:25-29). Ta boża optyka, to postrzeganie świata rozjaśnionego  bożym blaskiem wydają się nam czasami nie do przyjęcia, a przecież światłość, którą Chrystus przynosi na świat, jest światłością prawdziwą, która oświeca każdego człowieka (J 1:9), jeśli tylko człowiek nie chce uparcie trwać w ciemności (J 8:12; 12:35)

Może dzisiaj, w czasach współczesnych, rozświetlonych tak wieloma pozornymi światłami i świecidełkami, trzeba nam przejrzeć i nie dać się uwieść i oślepić światłom rampy, które po przedstawieniu zgasną? Może nie powinniśmy zaopatrywać się w coraz bardziej finezyjne okulary i soczewki, ale wypatrywać światła nadprzyrodzonego, aby rozpoznać to, co w naszym życiu naprawdę ważne? (Ez 12:2)

Nie mów, że widzisz, skoro być może już dawno straciłeś z oczu to, co najważniejsze, skoro widzisz już tylko to co chcesz, a najczęściej jedynie koniec własnego nosa.


Homilia alternatywna II

„Pan patrzy na serce”

Dzisiejsza liturgia słowa prowadzi nas od ciemności do światła. To droga każdego z nas w tym wielkopostnym czasie. Bóg, który wybrał Dawida, pastuszka, na króla Izraela, uczy nas dzisiaj fundamentalnej prawdy: „człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce” (1 Sm 16,7).

Bóg nie kieruje się zewnętrznymi kryteriami. Dla Niego liczy się to, co kryje się w głębi naszej duszy. Dawid był najmłodszy, najmniejszy, wzgardzony przez swoich bliskich, a jednak to jego serce znalazło upodobanie w oczach Boga.

Ta prawda rozbłyskuje pełnym blaskiem w dzisiejszej Ewangelii o uzdrowieniu niewidomego od urodzenia. To opowiadanie jest nie tylko opisem cudu fizycznego, ale przede wszystkim ikoną naszego życia duchowego. Każdy z nas rodzi się ślepy na sprawy Boże. Potrzebujemy dotknięcia Chrystusa, który „uczynił błoto ze śliny” – użył materii tego świata, aby przywrócić wzrok. W tym geście widzimy symbol sakramentów: Bóg przez widzialne znaki udziela nam niewidzialnej łaski.

Niewidomy z Ewangelii przechodzi niezwykłą drogę. Najpierw spotyka Jezusa jako nieznajomego, potem nazywa Go prorokiem, by w końcu, po wyrzuceniu z synagogi, wyznać: „Wierzę, Panie!” i oddać Mu pokłon. Jego fizyczne uzdrowienie prowadzi go do wiary, do światła, które nigdy nie gaśnie. Jest człowiekiem, który pozwolił się poprowadzić.

Z drugiej strony stoją faryzeusze. Oni mają oczy, ale nie widzą. Ich wiedza o Prawie, ich religijność, stały się pancerzem, który nie przepuszcza światła. Są tak pewni, że znają Boga, że nie rozpoznają Go, gdy staje przed nimi twarzą w twarz. Jezus mówi im z bolesną precyzją: „Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: +Widzimy+, grzech wasz trwa nadal” (J 9,41).

Największą ślepotą jest więc przekonanie, że się widzi. Największą chorobą jest myśleć, że jest się zdrowym. Faryzeusze odrzucili światło, bo zamknęli się w swoim świecie.

Święty Paweł w Liście do Efezjan woła do nas: „Niegdyś bowiem byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu: postępujcie jak dzieci światłości!” (Ef 5,8). To jest nasze powołanie: nie tylko wyjść z ciemności, ale samemu stać się światłem dla innych.

Warto sobie zadać pytanie: w czym dzisiaj jesteśmy podobni do faryzeuszy? W czym nasze przyzwyczajenia, nasze wyobrażenia o Bogu, nasze osądzanie innych, przesłaniają nam prawdziwe oblicze Chrystusa? Czy potrafimy, jak uzdrowiony niewidomy, dać świadectwo o tym, co Bóg w naszym życiu uczynił, nawet za cenę odrzucenia? Czy potrafimy jak Dawid, pozwolić się wybrać Bogu – nie mimo naszej słabości, ale właśnie w niej?

Pan dziś przechodzi obok nas, patrzy na nasze serce. On widzi nasze rany, nasze ślepe plamy, nasze lęki. I mówi do każdego z nas: „Idź, obmyj się w sadzawce Siloe” – to znaczy: idź do Tego, który jest Posłanym. Idź do Chrystusa w sakramencie pokuty, w Eucharystii, w modlitwie. Daj się dotknąć Jego miłosierdziu.

Pozwólmy, by Chrystus, Światłość świata, wyprowadził nas z ciemności grzechu i obojętności. Otwórzmy nasze serca na Jego łaskę, abyśmy jak uzdrowiony niewidomy mogli zawołać z głębi wiary: „Wierzę, Panie!” – i oddając Mu pokłon, stawać się coraz bardziej dziećmi światłości.


Homilia alternatywna III

Homilia na IV Niedzielę Wielkiego Postu – Rok A
oparta na czytaniach mszalnych (1 Sm 16,1b.6-7.10-13a; Ef 5,8-14; J 9,1-41).

Temat: Przejrzeć, by uwierzyć. O ślepocie i świetle wiary.

Czwarta Niedziela Wielkiego Postu nosi w tradycji Kościoła radosną nazwę: Laetare – „Weselcie się”. W półmetku wielkopostnego trudu Kościół zachęca nas do radości, bo światło zbawienia jest już blisko. Ta radość wypływa dzisiaj w sposób szczególny z Ewangelii według św. Jana, która jest katechezą o świetle i ciemności, o ślepocie i przejrzeniu.

Stajemy dziś wobec jednego z najgłębszych pytań, jakie może usłyszeć człowiek: „Czy ty wierzysz w Syna Bożego?” (J 9,35). To pytanie, które Jezus zadaje uzdrowionemu niewidomemu, nie jest retoryczne. Nie jest też skierowane wyłącznie do tamtego człowieka sprzed dwóch tysięcy lat. Ono przenika nawę naszego kościoła, dociera do serca każdego z nas i domaga się odpowiedzi.

  1. Od uzdrowienia oczu do iluminacji serca

Przypomnijmy sobie historię z dziewiątego rozdziału Ewangelii św. Jana. Jezus spotyka człowieka niewidomego od urodzenia. Przywraca mu wzrok nie słowem czy dotykiem, ale poprzez namacalny znak: robi błoto ze śliny i ziemi, rozsmarowuje je na jego oczach i posyła go do sadzawki Siloe. Fizyczne uzdrowienie jest jednak dopiero początkiem drogi. Jest obrazem czegoś głębszego – przejścia z ciemności grzechu do światła łaski.

Uzdrowiony widzi światło słoneczne, ale nie zna jeszcze Tego, który jest Światłością Świata. Gdy faryzeusze wyrzucają go z synagogi za to, że dał świadectwo prawdzie, Jezus go poszukuje. I wtedy pada to kluczowe pytanie: „Czy wierzysz w Syna Bożego?” Odpowiedź byłego niewidomego jest wzorem wiary: „A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył?” Jezus odpowiada prosto: „Jest nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie”. On wtedy upada przed Nim na twarz i wyznaje: „Wierzę, Panie!” i oddał Mu pokłon.

Widzimy tu niezwykłą dynamikę wiary. To nie jest tylko intelektualna zgoda na istnienie Boga. To jest osobiste spotkanie, które prowadzi do adoracji. Ten człowiek przeszedł długą drogę: od bycia przedmiotem cudu, przez konfrontację z faryzeuszami, aż do pełnego wyznania wiary wobec samego Chrystusa.

  1. Deklaracja a życie – dramat naszych czasów

Bracia i Siostry, my często zatrzymujemy się na pierwszym etapie. Jesteśmy ochrzczeni, należymy do Kościoła, wiemy o Jezusie z katechezy. I dlatego – jak podpowiada tekst, który usłyszeliśmy – powinniśmy zadać sobie być może inne pytanie: „A co to znaczy wierzyć w Niego? Jakie są tego konsekwencje?” „Wielu się do Niego (dla różnych zresztą celów i powodów) przyznaje, wielu deklaruje wiarę w Niego, ale niewielu chce zgodnie z tymi słownymi deklaracjami postępować”.

To jest kluczowy rachunek sumienia dla nas, ludzi XXI wieku. Żyjemy w czasach inflacji słów. W sieci, w mediach, w rozmowach – deklarujemy wiele. Łatwo powiedzieć: „Wierzę w Boga”. Ale to zdanie jest często puste, bo brakuje mu pokrycia w postaci konkretnych wyborów. Święty Jakub w swoim liście pyta: „Wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie” (Jk 2,17).

Wiara w Syna Bożego to nie jest dodanie jednej opcji do światopoglądu. To jest fundamentalna zmiana sposobu patrzenia na rzeczywistość. Uzdrowiony niewidomy najpierw zaczął widzieć fizycznie, ale prawdziwym cudem było to, że zaczął widzieć duchowo – rozpoznał w Jezusie Pana. My, niestety, często jesteśmy odwrotnością tego człowieka. Mamy zdrowe oczy, widzimy świat, ale jesteśmy duchowo ślepi. Nie dostrzegamy Boga w codzienności, w bliźnim, w Eucharystii.

III. Nie szukajmy wymówek

Często słyszy się argument: „Przestałem wierzyć w Boga, bo taki lub inny ksiądz mnie zraził”. Albo: „Bo w Kościele tyle hipokryzji”. To – jak słusznie zauważono – jest tylko szukaniem kozła ofiarnego. To jest jak powiedzenie: „Przestałem wierzyć w słońce, bo są na nim plamy”.

Chrystus nie pyta: „Czy wierzysz w księdza, proboszcza, katechetkę?” On pyta bezpośrednio każdego z nas: „Czy wierzysz we Mnie? Czy wierzysz Mi, bez względu na to, co inni robią i jak się zachowują?” To jest relacja osobista. Wiara to nie jest produkt pochodny od świętości innych ludzi. To jest dar, który przyjmujemy bezpośrednio od Boga i za który sami ponosimy odpowiedzialność. Święty Paweł w dzisiejszym czytaniu mówi do Efezjan: „Niegdyś byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu” (Ef 5,8). To „teraz” dokonało się w nas przez chrzest, ale wymaga ciągłej aktualizacji w życiu.

  1. Przerażająca ślepota współczesnego świata

I na koniec spójrzmy na faryzeuszy. Oni mieli oczy zdrowe, znali Pisma, znali Prawo. A jednak byli ślepi. Zapytani przez Jezusa, czy widzą, odpowiedzieli z pychą: „My także jesteśmy ślepi?”. Usłyszeli wtedy surowy wyrok: „Gdybyście byli ślepi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: ‘Widzimy’, grzech wasz trwa nadal” (J 9,41).

To jest lustro dla naszego świata. Porażająca i przerażająca jest ślepota człowieka, który sądzi, że wszystko wie, że jest „oświecony”, że nie potrzebuje Boga ani Zbawiciela. Współczesny faryzeusz to ktoś, kto z wyższością mówi: „A kto śmie nas pouczać, nas oświeconych!” To postawa, która zamyka się na łaskę. Uzdrowiony niewidomy był pokorny – nie udawał, że wie, kim jest Jezus. Zapytał: „Któż to jest?”. I dzięki tej pokorze otrzymał pełnię objawienia.

Zakończenie – Co zrobiłeś z tą wiarą?

Na zakończenie naszej refleksji, niech w naszych sercach zabrzmią dwa pytania.

Pierwsze – to, które Jezus zadaje dziś mnie i tobie: „Czy ty wierzysz w Syna Bożego?” Odpowiedzmy Mu teraz, w ciszy serca, nie słowami wyuczonymi na pamięć, ale życiem, które za chwilę będziemy przeżywać przy wyjściu z kościoła.

A drugie pytanie – to, które usłyszymy na końcu naszej drogi, w dniu zmartwychwstania: „Co z tą wiarą zrobiłeś?” Czy pozwoliłeś, by stała się światłem dla innych? Czy dałeś się poprowadzić Chrystusowi, nawet za cenę odrzucenia przez świat, jak ten niewidomy? Czy twoje wyznanie wiary jest tylko deklaracją, którą łatwo zmienić, czy fundamentem, na którym budujesz całe swoje życie i swoją wieczność?

Prośmy dziś Pana, za wstawiennictwem Matki Bożej Światła, aby otworzył oczy naszego serca. Abyśmy jak niewidomy z Ewangelii mogli nie tylko zobaczyć Chrystusa, ale upaść przed Nim na twarz i powiedzieć z całą mocą: „Wierzę, Panie!” I to wyznanie niech przemienia nasze myślenie, mówienie i działanie.

poniedziałek, 9 marca 2026

Droga Krzyżowa I

I – Pan Jezus skazany na śmierć

Piłat, mógł Go oabronić, mógł znaleźć inne wyjście, ale … wygodniej było umyć ręce. Konformizm, wygoda, święty spokój… byle tylko nie narażać się niepotrzebnie, byle nie stracić posadki …

Ileż to razy w moim codziennym życiu wygodnie i po cichutku umywam ręce, bo tak wygodniej i bardziej bezpiecznie, bo po co się szarpać i nadstawiać niepotrzebnie karku? Mógłbym pomóc, mógłbym być wielki i znaleźć inne wyjście, ale ja wolę się odciąć, zbyć sprawę, być malutki i nijaki, byle tylko sobie nie zaszkodzić, byle nie zaszkodzić swojej karierce, nie stracić pozycji, stanowiska, twarzy …

Mali „piłaci” obecnego czasu … ileż ich dzisiaj jest, stale umywający ręce w lękliwym geście tchórzostwa. Iluż jeszcze konformistów wyda Jezusa na śmierć, dla świętego spokoju?

I Chrystus jest znowu skazywany, biczowany, maltretowany, bo mnie nie stać było na wyraziste opowiedzenie się  za Nim …   … obecnym w każdym cierpiącym bracie …

 

II – Pan Jezus bierze krzyż

„Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien.” (Mt 10,38)

A co to może znaczyć w moim życiu?

Każdy z nas ma swój własny krzyż do dźwigania … tylko …

… co to może konkretnie znaczyć w moim życiu?

Boję się krzyża, boję się cierpienia, boję się kłopotów i choroby, boję się niezabezpieczonej przyszłości, schorowanej starości… Zarabiam, zabiegam, oszczędzam, płacę ubezpieczenia (z których i tak korzystają inni, a nie ja) i … lękam się niepewnego jutra, boję się krzyża.

A on i tak mnie nie ominie.

Czy nie lepiej więc nieść go z Chrystusem, w Jego towarzystwie, wiedząc że On także powiedział: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię.” (Mt 11,28)

Krzyż, choroba, cierpienie cię nie ominą. Chcesz być sam na sam z tą rzeczywistością, czy raczej iść za Nim, niosąc razem z Nim twój krzyż, po Jego drodze krzyżowej?


III – Pierwszy upadek

A czy ty pamiętasz twój pierwszy upadek, twój pierwszy grzech, twoje pierwsze „potknięcie”?

Ile innych było później?

Coraz gorsze, coraz poważniejsze i… coraz mniejsze wyrzuty sumienia.

Kolejne grzechy, kolejne świństwa, kolejne zaparcia się Chrystusa,

… kolejne rzucenie GO na kolana, na twarz … na bruk …

Każdy twój grzech, każdy twój upadek ma swoje lustrzane odbicie w upadkach Chrystusa… Ile ich jeszcze pozostało w twoim życiu? Ile razy jeszcze rzucisz Nim o ziemię?

Pierwszy upadek … taki niewinny .. i następne już coraz poważniejsze i coraz bardziej świadome. A może by tak zacząć uważać i zastanowić się czasami przed upadkiem, do czego to może doprowadzić? A może by tak nie rzucać Chrystusa co raz to brutalnie na kolana?


IV – Spotkanie z Matką

Matka,

Ona nie musi nawet mówić, Jej nie musisz nic tłumaczyć. Ona spojrzy i rozumie wszystko.

Tak spotkała Matka…

Syna …

na Jego krzyżowej drodze

i zrozumiała co znaczą słowa Symeona:

„A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu.” (Łk 2,35)

A ty, czy nie zapomniałeś, że masz matkę, że masz też Matkę, tę samą, rozumiejącą bez słów i bez niepotrzebnego gadania.

A jeśli spotkasz Ją na swojej drodze … nie uciekaj od Niej, Ona rozumie wszystko bez zbędnych słów. Ona – Wszechmocy błagająca … Ona jednym spojrzeniem dająca ukojenie. Matka… jedno słowo, które tak wiele znaczy … nawet dla Syna Bożego …

 

V – Pomoc Szymona Cyrenejczyka

Idąc drogą swojego życia tak naprawdę idziesz stale Jego droga krzyżową. I możesz na niej być:

 – gapiem, z ciekawością przyglądającym się tylko niecodziennemu widowisku,

– bezmyślnym i tępym żołdakiem znęcającym się nad bezbronnym,

– stojącym z daleka i nie okazującym żadnych uczuć, chłodnym, obojętnym, niezaangażowanym…,

… możesz… być zapatrzonym tylko w siebie i koniec swojego nosa …

 Ale możesz też pomóc, ulżyć, wesprzeć, choćby nawet odrobinę na siłę i wbrew Twojej rozleniwionej woli …

 … możesz nie być obojętnym, bezdusznym, nijakim, egoistą …

… możesz… nie być zapatrzonym tylko w siebie i koniec swojego nosa …

 Zaprawdę, powiadam wam:

Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście to uczynili. (Mt 25,40)

Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili. (Mt 25,45)

 

VI – Spotkanie ze św. Weroniką

 Niewiele mogła. Prosty, zwyczajny, ludzki gest. Jak się przedarła przez kordon żołnierzy? A przecież się bała tak jak i ci wszyscy inni, patrzący z daleka. Przecież mogła zostać pobita, pchnięta, odtrącona. Odwaga zwykłej kobiety. Czy była jedną z tych, które usługiwały Jezusowi, czy tylko przechodniem na Jego drodze? Przechodniem, który po prostu zauważył cierpienie … zauważył cierpiącego i nie bał się.

 A ilu przechodzi obok mnie, z cierpieniem na twarzy, a ja nawet nie zwracam uwagi, albo się boję? Iluż potrzebujących tego zwykłego gestu minęło mnie już na mojej drodze, a ja nie zauważyłem, zlekceważyłem, zaparzony w siebie?

 Weroniko naucz mnie, jak pokonać strach i obojętność, jak nie przechodzić obok cierpiącego obojętnie …

 VII – Drugi upadek

 Niewielki kamień na drodze, potknięcie, utrata równowagi … Nawet nie zauważyłeś jak i kiedy twoje grzechy stały się coraz częstsze i coraz poważniejsze. Kiedyś jeszcze walczyłeś, próbowałeś się nie poddawać… czasem nawet ci się udawało. Od jakiegoś czasu już nie walczysz, padasz w błoto bez walki, bez wysiłku, nawet bez próby oporu. A twoje upadki stają się prawie normalne, niezauważalne, zawsze wytłumaczalne i usprawiedliwione.

 To, co kiedyś było nienormalne i trudne do przyjęcia, nie do zaakceptowania, staje się „normalką”, staje się normą. Dla wielu swoich grzechów, nałogów, słabości i upadków znalazłeś już usprawiedliwienie i wytłumaczenie. To przecież takie naturalne, jestem tylko człowiekiem, nie można zmienić natury … itd., itp. I leżysz już coraz dłużej i wstać ani podnieść się … już ci się nie chce, nie masz ochoty. A każdy następny upadek jest coraz głębszy i coraz bardziej niebezpieczny. I sił w tobie już coraz mniej i motywacje do powstania coraz słabsze.

 Drugi upadek Jezusa, to dla ciebie przypomnienie, ostrzeżenie ALARM !!! który powinien zapalić czerwone światełko w twojej duszy. Możesz jeszcze powstać, zmienić coś w swoim życiu, tylko się nie zgadzaj na marazm i zniechęcenie, tylko nie usprawiedliwiaj i nie lekceważ twoich grzechów.

 MOŻESZ JESZCZE POWSTAĆ.

 

VIII – Spotkanie z płaczącymi niewiastami

 

Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi ! (Łk 23,28)

 Czy nie jest to raczej przestroga dla nas, abyśmy naszego Wielkiego Postu nie ograniczali do sentymentalnych tylko wzruszeń? Czy nie jest tak, że łatwo się wzruszamy biedą i nieszczęściem innych, ale dalej, poza to wzruszenie już nie wyjdziemy? Czy nie jest tak, że sentymentalizm w sprawach religijnych zastępuje nam najczęściej właściwe nawrócenie i zmianę życia?

 Tak łatwo się wzruszyć, tak łatwo na tym poziomie uczuciowo-sentymentalnym pozostać, a przecież nie o to chodzi i nie po to Chrystus sam siebie wydał na mękę i śmierć, abyśmy się wzruszali … Wzruszenia są najczęściej tylko niebezpiecznym zastępnikiem, usypiającym wolę i pozwalającym nam na nic nie robienie.

 Nie płacz, nie rozczulaj się… ale zrób coś !!!

 

IX – Trzeci upadek

 Trzeci, najgorszy upadek i wydaje ci się, że już nie masz ani siły, ani wystarczająco dosyć silnej woli aby powstać. Jesteś obolały i zniszczony. Wydaje ci się, że to już absolutny koniec i że nie podniesiesz się już, i nie pójdziesz dalej. Grzechy przywaliły cię już tak bardzo, że odczuwasz pokusę zostania tu gdzie upadłeś, poddania się, dania za wygraną. Widzisz z przerażającą wyrazistością, jak daleko zaprowadziły cię twoje własne grzechy, słabości i nałogi. I tak dobrze by było już nic nie robić, poddać się, nie powstawać, nie szarpać się, zgodzić się na wszystko, załamać się, uznać się za przegranego …

 To takie kuszące, takie wygodne. Przecież tyle się już naszarpałeś, tyle razy próbowałeś … i NIC ! Po co więc dalej udowadniać sobie i innym coś, co jest niemożliwe. Pokusa pozostania, poddania się, odpuszczenia sobie tej bezsensownej walki jest stale obecna w twoim życiu, stale czai się gdzieś za kolejnym rogiem, za kolejnym upadkiem, kolejnym grzechem …

 A może już dawno upadłeś i leżysz, i co więcej udowadniasz sobie, że ci tu dobrze, że nie ma po co się dźwigać …

A przecież to jeszcze nie koniec, przecież możesz jak On, powstać, bo On właśnie po to po raz trzeci się podniósł, abyś i ty nie pozostał w połowie drogi, w marazmie i w beznadziei, w apatii i bezsensie.

 

X – Obnażenie

 Jesteś przekonany o swojej doskonałości, o swojej wielkości, o swojej perfekcyjności. Nikt nie może ci nic zarzucić… pławisz się w samouwielbieniu, krytykujesz i „obrabiasz” wszystkich wokół ciebie, byle tylko nie widzieć, że twoja twarz nie jest tak doskonała. Żyjesz w ustawicznym zakłamaniu, w obłudzie, w przekonaniu o swojej nieomylności, o swojej doskonałości, o swojej prawości i uczciwości I NAGLE !!! ….

 Ktoś cię zdemaskuje, ktoś obnaży twoje słabości, ktoś odkryje twoje ukryte i nie zawsze czyste zamiary i intencje, ktoś pokaże ci twoją własną – brzydką twarz ….

 Och!!!, jak to boli, jak bardzo boli i piecze, takie obnażenie, takie odarcie ze złudzeń i kłamstw, w które nawet ty sam już wierzyłeś! To gorsze niż być wystawionym nago na pośmiewisko pospólstwa… to gorsze niż wstyd bycia nagim …

 A może byś sam zdjął te wszystkie maski i zmył makijaże i zobaczył, że nie jesteś wcale taki dobry i wcale taki doskonały, jak ci się wydaje? A może byś przyznał się do swoich pomyłek i zobaczył swoje grzechy i brudy, w których się od lat pławisz? Może nie trzeba by było robić bolesnej wiwisekcji, odarcia, obnażenia?

 Panie, odarty z szat… to dla mnie, abym umiał się przyznać do moich grzechów i słabości … abym nie był taki pyszny i zarozumiały, przystrojony we wszystkie szatki mojej fałszywej doskonałości.

 

XI – Przybicie do krzyża

 Nie wystarczyło biczowania, ukoronowania cierniem, upadków i pośmiewiska… jeszcze i to – ukrzyżowanie… przybicie rąk i nóg gwoździami do drzewa… Po co? Dlaczego? Przecież tę ręce rozdawały chleb i rybę, przecież te ręce uzdrawiały i błogosławiły, przecież te ręce nie zrobiły nic złego, przecież te nogi niosły Go do miast i wiosek, aby ubogim nieść Dobrą Nowinę… Dlaczego więc i po co jeszcze i ta tortura?

 A co robią moje ręce? Gdzie niosą mnie moje nogi?

 Czy moje ręce są zawsze zajęte dobrem? Czy moje nogi zawsze ku dobru mnie prowadzą? A jeśli nie …?

 

XII – Śmierć na krzyżu

 I wydawać by się mogło, że to tutaj jest koniec, że tutaj, w tym momencie spełniają się wszystkie proroctwa i że dokonuje się Jego życie, że tutaj kończy się dramat i dzieło Życia Syna Bożego – Jezusa Chrystusa.

 Odeszli spod krzyża Jego uczniowie zawiedzeni, „bo myśmy się spodziewali” (Łk 24,21)

 Pogrzebane nadzieje, stracone złudzenia … a życie miało być takie piękne i tyle obiecywało … kończy się śmiercią, bardziej lub mniej brutalną, a jeśli jeszcze w cierpieniu, to może by cierpienia skrócić przez „miłosierny akt eutanazji” – najbardziej przewrotny i perwersyjny „akt miłosierdzia” wobec umierającego. Więc „jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda.” (Jn 19,34)

 I tak ma się skończyć posłannictwo ZBAWICIELA ŚWIATA, bezsilnym i beznadziejnym „wykonało się”?

 Jakże często poddaję się takim przygnębiającym myślom. Jakże często popadam w zniechęcenie, marazm i apatię. Czy to jest rzeczywiście koniec i poza tym tragicznym końcem nie chcę już nic widzieć?

 

XIII – Zdjęcie z krzyża

 Zakończył się dramat, dokonana została najbardziej niesamowita zbrodnia w dziejach ludzkości. Zabito Boga! I oto Jego Ciało… Ciało Syna Bożego oddano Matce. Ona Mu je dała 33 lata temu, w Betlejem – Domu Chleba i Ona je z powrotem otrzymuje tu, na Golgocie – Wzgórzu Czaszki.

 A między tymi dwoma momentami jest całe Jego życie i jest Wieczernik… i Jego słowa:

 „Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje.” (Mt 26,26)

 Oto właśnie Jego Ciało… za nas wydane… a „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem.” (Jn 6,54-55)

 

XIV – Złożenie do grobu

 A może to jest już koniec? Czy tak już ma pozostać? Czy złożenie do grobu jest ostatnim aktem tej tragedii? Jeśli tak to: „… daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara.” (1 Kor 15,14), to powiedzmy sobie szczerze nic nie ma sensu i całe nasze życie jest absurdem, i powiedzmy sobie szczerze my wszyscy: „którzy tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania.” (1 Kor 15,19)

 Ale po Wielkim Piątku Ukrzyżowania nastąpiła przecież Wielka Niedziela Zmartwychwstania. Kto z Nim nie przeszedł przez śmierć, nie może oczekiwać także zmartwychwstania.

 Czy ja aby na pewno zdaję sobie z tego sprawę?

 


sobota, 7 marca 2026

III Niedziela Wielkiego Postu - A

 Wj 17:3-7

Ale lud pragnął tam wody i dlatego szemrał przeciw Mojżeszowi i mówił: Czy po to wyprowadziłeś nas z Egiptu, aby nas, nasze dzieci i nasze bydło wydać na śmierć z pragnienia? Mojżesz wołał wtedy do Pana i mówił: Co mam uczynić z tym ludem? Niewiele brakuje, a ukamienują mnie! Pan odpowiedział Mojżeszowi: Wyjdź przed lud i weź kilku ze starszych Izraela ze sobą. Weź w rękę laskę, którą uderzyłeś Nil, i idź. Oto Ja stanę przed tobą na skale, na Horebie. Uderzysz w skałę, a wypłynie z niej woda, i lud zaspokoi swe pragnienie. Mojżesz uczynił tak na oczach starszyzny izraelskiej. I nazwał to miejsce Massa i Meriba, ponieważ tutaj kłócili się Izraelici i wystawiali Pana na próbę, mówiąc: Czy też Pan jest rzeczywiście wśród nas, czy nie?

Rz 5:1-2.5-8

Dostąpiwszy więc usprawiedliwienia przez wiarę, zachowajmy pokój z Bogiem przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, dzięki któremu uzyskaliśmy przez wiarę dostęp do tej łaski, w której trwamy i chlubimy się nadzieją chwały Bożej. A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany. Chrystus bowiem umarł za nas, jako za grzeszników, w oznaczonym czasie, gdyśmy [jeszcze] byli bezsilni. A [nawet] za człowieka sprawiedliwego podejmuje się ktoś umrzeć tylko z największą trudnością. Chociaż może jeszcze za człowieka życzliwego odważyłby się ktoś ponieść śmierć. Bóg zaś okazuje nam swoją miłość [właśnie] przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami.

J 4:5-42

Przybył więc do miasteczka samarytańskiego, zwanego Sychar, w pobliżu pola, które /niegdyś/ dał Jakub synowi swemu, Józefowi. Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni. Było to około szóstej godziny. Nadeszła /tam/ kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: Daj Mi pić! Jego uczniowie bowiem udali się przedtem do miasta dla zakupienia żywności.

Na to rzekła do Niego Samarytanka: Jakżeż Ty będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić? Żydzi bowiem z Samarytanami unikają się nawzajem. Jezus odpowiedział jej na to: O, gdybyś znała dar Boży i /wiedziała/, kim jest Ten, kto ci mówi: Daj Mi się napić - prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej. Powiedziała do Niego kobieta: Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę studnię, z której pił i on sam, i jego synowie i jego bydło?

W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus: Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Rzekła do Niego kobieta: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać. A On jej odpowiedział: Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj. A kobieta odrzekła Mu na to: Nie mam męża. Rzekł do niej Jezus: Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. To powiedziałaś zgodnie z prawdą.

Rzekła do Niego kobieta: Panie, widzę, że jesteś prorokiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga. Odpowiedział jej Jezus: Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie.

Rzekła do Niego kobieta: Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko. Powiedział do niej Jezus: Jestem Nim Ja, który z tobą mówię. Na to przyszli Jego uczniowie i dziwili się, że rozmawiał z kobietą. Jednakże żaden nie powiedział: Czego od niej chcesz? - lub: - Czemu z nią rozmawiasz? Kobieta zaś zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła tam ludziom: Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem?

Wyszli z miasta i szli do Niego. Tymczasem prosili Go uczniowie, mówiąc: Rabbi, jedz! On im rzekł: Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie. Mówili więc uczniowie jeden do drugiego: Czyż Mu kto przyniósł coś do zjedzenia? Powiedział im Jezus: Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło. Czyż nie mówicie: Jeszcze cztery miesiące, a nadejdą żniwa? Oto powiadam wam: Podnieście oczy i popatrzcie na pola, jak bieleją na żniwo. Żniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne, tak iż siewca cieszy się razem ze żniwiarzem. Tu bowiem okazuje się prawdziwym powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was wysłałem żąć to, nad czym wyście się nie natrudzili. Inni się natrudzili, a w ich trud wyście weszli.

Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej: Powiedział mi wszystko, co uczyniłam. Kiedy więc Samarytanie przybyli do Niego, prosili Go, aby u nich pozostał. Pozostał tam zatem dwa dni. I o wiele więcej ich uwierzyło na Jego słowo, a do tej kobiety mówili: Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata.


Pragnienie i głód

Czy zastanawiałem się kiedyś nad tym "czym różnię się od zwierzęcia?" Zwierzę, kiedy jest głodne szuka pożywienia - ja też, kiedy jest spragnione, szuka wody - ja też. Kiedy jest zmęczone szuka odpoczynku - ja też, kiedy jest mu gorąco szuka cienia - ja też. Zwierzę, kiedy jest przestraszone ucieka - ja też. Kiedy jest chore szuka lekarstwa, to jest "wpisane" w jego instynkt - ja też. Czym więc różnię się od zwierząt? Czy wszystkie moje potrzeby to głód, pragnienie, potrzeba odpoczynku, konieczność przedłużenia gatunku? Czy całe moje życie ma się sprowadzać tylko do zaspokajania tych fundamentalnych potrzeb organicznych? Czy też jest we mnie głód większy, pragnienie głębsze, potrzeby bardziej ludzkie, czy tylko zwierzęce?

Jezus, rozmawiający z samarytanką u studni uświadamia jej właśnie to głębsze, ludzkie pragnienie, a po powrocie Apostołów również im, uświadamia istnienie bardziej podstawowego głodu. Nie może się człowiek ograniczyć tylko do zaspokajania jedynie zwierzęcych potrzeb i pragnień, jeśli chce być czymś więcej niż jednym z naczelnych ssaków.

Jest rzeczą dla człowieka nieodzowną uświadomienie sobie: "JAKI JEST JEGO PRAWDZIWY GŁÓD I PRAWDZIWE PRAGNIENIE? Co -tak naprawdę- może zaspokoić moje pragnienia? W przeciwnym wypadku, pozostanie na poziomie zaspokajania rudymentarnych potrzeb i instynktów. Co więcej, musi człowiek również odkryć, gdzie i w jaki sposób może zaspokoić swoje ludzkie, metafizyczne potrzeby. Kiedy Jezus mówi: "Ja jestem Źródłem Wody Żywej", "Ja jestem Chlebem Życia Wiecznego", chce nam w ten sposób otworzyć oczy na nasze prawdziwe potrzeby, na nasz prawdziwy głód i pragnienie. Nie można uciekać przed tego rodzaju pytaniami i dylematami. Nie można zasłaniać się brakiem czasu i zmęczeniem. Nie można udawać, że problem nie istnieje, że go nie ma, że jeszcze mam czas, bo na starość będę się nad tym zastanawiał, a teraz muszę "robić pieniądze i ciężko zarabiać na życie". Na jakie życie? Konia, czy osła? Jeśli bowiem zaspokajam tylko swoje organiczne potrzeby, to niczym nie różnię się od tych dwóch -poczciwych- zwierzątek, których aspiracje nie sięgają poza pełny i obfity żłób.

Panie, daj mi Wody Żywej ...

Panie, nakarm mnie Chlebem życia ...

Panie, nie daj mi być tylko ciężko pracującym koniem, lub osiołkiem.


Homilia alternatywna I

Woda żywa

Pracując od prawie 15 lat w Afryce, niejednokrotnie miałem okazję doświadczyć, czym naprawdę jest dobra woda, jak wiele znaczy ona dla ludzi, którzy nie mają jej w kranach na bieżąco i pod dostatkiem, którzy po wodę muszą chodzić nieraz kilometrami lub czerpać ją z brudnej i błotnistej kałuży, albo używać (jak na Komorach) do mycia, a nawet do gotowania, słonej wody morskiej.

My również, żyjąc w coraz bardziej zanieczyszczonym środowisku, kupując wodę w butelkach, doceniamy wartość i znaczenie tego symbolu. Woda - symbol życia, to także symbol dobrobytu i błogosławieństwa, to symbol czystości i zaspokojenia podstawowych potrzeb człowieka.

Dlatego Mojżesz uderzający na pustyni w skałę, z której wypływa dobra woda i Chrystus- Źródło wody żywej to nie tylko symbole, to archetypy potęgi istnienia. To sam Bóg objawiający się swojemu ludowi, to Bóg -Źródło życia.

Nie bez przyczyny Jan Paweł II w swoim Tryptyku Rzymskim pisze:

„Zatoka lasu zstępuje
w rytmie górskich potoków...
Jeśli chcesz znaleźć źródło,
musisz iść do góry, pod prąd.
Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj,
wiesz, że ono musi tu gdzieś być —

Gdzie jesteś, źródło?... Gdzie jesteś, źródło?!

Cisza...
Strumieniu, leśny strumieniu,
odsłoń mi tajemnicę
swego początku!

(Cisza — dlaczego milczysz?
Jakże starannie ukryłeś tajemnicę twego początku.)

Pozwól mi wargi umoczyć
w źródlanej wodzie
odczuć świeżość,
ożywczą świeżość.”

A my wiemy, że Chrystus jest właśnie owym Źródłem Życia, w którym mogę „umoczyć wargi, jak w źródlanej wodzie i odczuć ożywczą świeżość”.

Panie daj mi wody żywej!


Homilia alternatywna II

Oaza pośród skał, czyli dramat pragnienia

  1. Geografia naszego serca

Dzisiejsze czytania prowadzą nas przez niezwykłą mapę – mapę ludzkiego serca. To wędrówka od kamienistej pustyni, przez samotną studnię, aż po Golgotę. Na tej mapie pojawia się jeden, kluczowy element: skała. W Księdze Wyjścia skała jest celem podróży i źródłem wody. W Ewangelii przy studni, która jest wydrążona w skale, rozgrywa się dramat spotkania. A w Liście do Rzymian apostoł Paweł mówi o skandalu miłości, który rozbija się o skałę naszego grzechu.

  1. Szemranie, które odsłania prawdę

Pierwsze czytanie to scena pełna napięcia. Izraelici są u kresu sił. Brakuje wody. I wtedy rodzi się szemranie. To nie jest zwykłe narzekanie. To pytanie, które każdy z nas zadaje w chwilach kryzysu: “Czy Pan jest rzeczywiście wśród nas, czy nie?” (Wj 17,7).

To pytanie jest jak uderzenie w skałę ludzkiej duszy. Ono wydobywa na powierzchnię to, co w nas najgłębsze: pragnienie Boga zmieszane z wątpliwością, czy On naprawdę się nami przejmuje. Izraelici chcą wody, ale Bóg daje im coś więcej: zranioną skałę. Mojżesz ma uderzyć w skałę – w to, co wydaje się martwe i obojętne – a z tego uderzenia wypływa życie. To pierwsza lekcja: Bóg nie zawsze usuwa pustynię, ale na pustyni potrafi sprawić, że kamień staje się źródłem.

  1. Kobieta, która przyszła po wodę, a znalazła Źródło

Ewangelia jest mistrzowskim dopełnieniem tej lekcji. Patrzymy na Samarytankę. Przychodzi do studni Jakuba w samo południe. Przypadek? Raczej unik. Przyszła w porze, gdy nikogo nie ma, bo jej życie jest naznaczone piętnem – pięciu mężów, a ten szósty nie jest jej mężem. Jest spragniona, ale jej pragnienie sięga głębiej niż fizyczna potrzeba wody. Jest spragniona akceptacji, miłości, oczyszczenia.

I wtedy spotyka Jezusa. On, zmęczony, siedzi przy studni. To ważny detal: Bóg jest zmęczony. Bóg jest spragniony. Jezus zaczyna nie od nauczania, ale od prośby: “Daj Mi pić!” (J 4,7). Paradoks: Źródło wody żywej prosi o wodę ze studni. Bóg staje się żebrakiem, by wejść w relację z grzesznicą.

Ta rozmowa to seria przełamań. Jezus przełamuje mur nienawiści (Żydzi – Samarytanie), mur obyczajowości (mężczyzna – kobieta), mur religijności (góra Garizim – Jerozolima). On nie daje jej wody od razu. Najpierw sprawia, że ona uświadamia sobie swoje pragnienie. Mówi o wodzie, która gasi pragnienie na wieki. Ona myśli o wygodzie: “Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać” (J 4,15). Chce łatwego rozwiązania. Chce boskiego automatu z wodą.

Jezus jednak uderza w skałę jej sumienia: “Idź, zawołaj swego męża” (J 4,16). To moment próby. To jak laska Mojżesza uderzająca w skałę. Z jej serca, zamiast kamiennej wymówki, wypływa nagle prawda: “Nie mam męża”. I w tym momencie, gdy staje w prawdzie o swoim życiu, skała jej serca pęka. I wtedy Jezus mówi jej największą prawdę o sobie: “Jestem Nim Ja, który z tobą mówię” (J 4,26).

  1. Miłość, która rozbija się o grzech

I tu dochodzimy do sedna, które wyjaśnia św. Paweł. Dlaczego ta kobieta uwierzyła? Bo spotkała kogoś, kto znał jej grzech i nie uciekł. Ktoś, kto patrząc na jej życie naznaczone porażkami, nie wyciągnął kamienia, ale zaproponował wodę życia.

Paweł pisze do Rzymian: “Bóg zaś okazuje nam swoją miłość właśnie przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami” (Rz 5,8). To jest klucz do zrozumienia tej sceny przy studni i całego Wielkiego Postu. Bóg nie czeka, aż stanie-my się święci, by nas pokochać. On uderza w skałę naszego grzechu swoją miłością.

Skała na Horebie była obrazem. Skałą, w którą uderzył Mojżesz, był kamień. Skałą, w którą uderzy świat, był Chrystus. To On jest Kamieniem węgielnym odrzuconym przez budujących. To On, uderzony włócznią na krzyżu, stał się źródłem wody i krwi – sakramentów Kościoła. Samarytanka przy studni to my wszyscy. Każdy z nas nosi w sobie jakąś studnię – miejsce, gdzie przychodzimy po ochłodę, po miłość, po akceptację. I często czerpiemy wodę ze źródeł, które nie gaszą pragnienia: z władzy, z pieniędzy, z związków na próbę, z opinii innych ludzi.

  1. Zostawić dzban

Kulminacją nawrócenia Samarytanki jest gest: “Kobieta zaś zostawiła swój dzban” (J 4,28). Zostawiła to, po co przyszła. Przyszła po wodę ze studni, a znalazła Źródło. Zostawiła dzban, bo znalazła Tego, który wypełnia serce. Pobiegła do miasta. Ta, która przyszła w południe, by uniknąć ludzi, teraz biegnie do ludzi, by opowiedzieć o Jezusie.

To jest znak autentycznego spotkania z Bogiem. Ono nie polega na tym, że dostajemy to, czego chcemy (łatwą wodę). Ono polega na tym, że poznajemy Tego, który sam jest Wodą Żywą. Wtedy możemy zostawić nasze dzbany – nasze przywiązania, nasze grzechy, nasze ludzkie zabezpieczenia.

Zakończenie

W tym Wielkim Poście jesteśmy zaproszeni, by usłyszeć pytanie: “Czy Pan jest wśród nas, czy nie?” (Wj 17,7). Nie bójmy się odpowiedzi, którą znajdziemy na krzyżu. Tam Bóg pokazał raz na zawsze, że jest z nami. Na pustyni naszego życia, w skwarze południa naszych grzechów, przychodzi do nas Zmęczony Wędrowiec. Prosi o łyk wody, ale tak naprawdę chce nam dać samego Siebie.

Nie lękajmy się pokazać Mu naszych poranionych studiń. Nie lękajmy się usłyszeć prawdy o naszym życiu. Bo tylko ta prawda, wypowiedziana przed Nim, może sprawić, że skała naszego serca pęknie i wypłynie z niej źródło życia wiecznego. I wtedy, jak Samarytanka, porzucimy nasze dzbany i pobiegniemy do świata, by zawołać: “Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam” (J 4,29). Amen.


Homilia alternatywna III

O pragnieniu, które nie zna nasycenia

  1. Studnia Jakuba i studnia naszych codzienności

Dzisiejsza Ewangelia przenosi nas w niezwykle upalne południe. Zmęczony Jezus siada przy studni. To miejsce jest nie tylko punktem na mapie, ale także symbolem. W Biblii studnia to miejsce spotkania – tam Abrahamowy sługa znajduje Rebekę, Jakub spotyka Rachelę. To miejsce, gdzie rodzi się miłość i zawiera przymierza.

Przychodzi kobieta. Ma ona swoje pragnienie – zwykłe, fizyczne pragnienie wody. Nosi w sobie również pragnienia głęboko ukryte: pragnienie miłości, akceptacji, sensu. Żyje w sytuacji grzechu i odrzucenia – miała pięciu mężów, a ten, z którym żyje teraz, nie jest jej mężem. Przyszła do studni w południe, w największy skwar, nie razem z innymi kobietami o świcie czy zmierzchu. Ucieka od ludzkich spojrzeń, od plotek, od oceny.

Czy my nie jesteśmy trochę jak ta kobieta? Przychodzimy do źródeł tego świata – do pracy, rozrywki, pieniędzy, związków – czerpiąc wiadrami naszych oczekiwań. Czasem jesteśmy tak spragnieni, że pijemy byle co, byle zaliczyć dzień, byle zagłuszyć niepokój. W środku naszej codziennej bieganiny, w południe naszych zmagań, Jezus siada przy studni naszego życia. On jest zmęczony – to ważne! Bóg nie jest abstrakcyjną ideą, ale Kimś, kto dzieli nasze ludzkie zmęczenie, by móc spotkać nas w naszej codzienności.

  1. Woda, która nie gasi pragnienia, czyli o myleniu pragnień

W dialogu z Samarytanką dochodzi do niezwykłego napięcia. Kobieta myśli o wodzie ze studni, Jezus mówi o “wodzie żywej”. Ona myśli o pragnieniu ciała, On o pragnieniu duszy. To zderzenie dwóch porządków, które jest sednem naszego człowieczeństwa.

Tak, mamy ciało. Tak, potrzebujemy jeść, pić, odpoczywać. Jesteśmy częścią natury, jesteśmy ssakami. Nasze ciała wołają o wodę, gdy jest gorąco, o sen, gdy jesteśmy zmęczeni. To jest dobre i piękne. Grzech pierworodny nie zniszczył natury, ale zranił w nas relację.

Problem zaczyna się wtedy, gdy – jak mówi refleksja, którą usłyszeliśmy – zaspokajamy tylko swoje organiczne potrzeby, niczym nie różniąc się od poczciwych zwierzątek. Różnica między nami a zwierzęciem nie leży w tym, że zwierzę nie ma instynktów, a my je mamy. Różnica polega na tym, że człowiek ma pragnienie nieskończoności.

Zwykle to pragnienie kierujemy na skończone rzeczy. Chcemy tyle pieniędzy, żeby w końcu być szczęśliwym. Chcemy takiego partnera, żeby w końcu czuć się kochanym. Chcemy tylu sukcesów, żeby czuć się wartościowym. I co się dzieje? Pijemy tę wodę, ale po chwili znowu jesteśmy spragnieni. Bo studnia tego świata jest głęboka, a nasze wiadra są małe i dziurawe.

Samarytanka przychodzi po wodę do studni Jakuba. To była dobra, historyczna, patriarchalna studnia. Ale Jezus mówi jej: “Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął”. To diagnoza naszego życia, gdy żyjemy tylko horyzontalnie. Praca, dom, wakacje, emerytura – to wszystko jest dobre, ale jeśli to jest wszystko, na zawsze pozostaniemy niespełnieni.

  1. “Daj mi tej wody” – pragnienie, które prowadzi do prawdy

Kobieta, słysząc o wodzie, która gasi pragnienie na zawsze, woła: “Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła”. Ona wciąż myśli o wygodzie – żeby nie musieć przychodzić do studni, nie męczyć się. Jezus jednak nie daje się zwieść. Aby dać jej prawdziwą wodę, musi wydobyć z niej prawdę o jej pragnieniu. Mówi: “Przynieś swego męża”.

To moment przełomowy. Jezus delikatnie, ale stanowczo dotyka rany. Mówi o jej życiu, które jest nieuporządkowane. Nie po to, by ją upokorzyć, ale by pokazać, że źródłem jej wewnętrznego pragnienia jest brak prawdziwej miłości. Szukała jej u pięciu mężczyzn i nie znalazła.

Wielki Post to czas, w którym Jezus mówi do nas: “Przynieś swego męża”. Przynieś to, co jest twoim bałwochwalstwem. Przynieś to, co próbujesz napić się zamiast Mnie. Może to twoja praca, twoje hobby, twoja złość, twój smutek, twoje nierealne oczekiwania wobec innych. Dopiero gdy staniesz w prawdzie o swoim życiu, o swoich “pięciu mężach”, możesz otrzymać wodę żywą.

  1. Woda żywa, czyli Duch Święty w nas

Czym jest ta woda, którą daje Jezus? To nie jest magiczny napój. To Duch Święty, to łaska, to życie Boże w nas. To On sprawia, że przestajemy być “ciężko pracującym koniem” i stajemy się dziećmi Bożymi.

Co ciekawe, kobieta zostawia swój dzban. Zostawia go przy studni. Ten dzban to symbol jej dotychczasowego sposobu życia, jej zabezpieczeń, jej samotności. Gdy spotyka Jezusa, okazuje się, że dzban nie jest już potrzebny. Ona, która przyszła zaczerpnąć wody, sama staje się źródłem dla innych. Biegnie do miasta i mówi: “Przyjdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam”.

To jest kryterium autentycznego spotkania z Bogiem. Jeśli ktoś spotkał Jezusa, nie zatrzymuje Go dla siebie. Staje się świadkiem. Przestaje myśleć tylko o swoim brzuchu i swoim pragnieniu, a zaczyna widzieć pragnienia innych.

  1. Skała, która daje pić

To przesłanie doskonale współgra z pierwszym czytaniem. Izrael na pustyni jest spragniony. Ludzie szemrają przeciw Mojżeszowi, mówiąc: “Czy Pan jest among us, czy nie?” Bóg mówi do Mojżesza: “Uderz w skałę, a wypłynie z niej woda”. Święty Paweł w Liście do Koryntian zinterpretuje tę skałę jako Chrystusa.

Jesteśmy na pustyni Wielkiego Postu. Jesteśmy spragnieni Boga. I oto uderzona skała – Chrystus przebity włócznią na krzyżu – staje się źródłem wody i krwi. To z Jego boku wypływa Kościół i sakramenty.

  1. Nie bądź osłem, bądź świadkiem

Wracając do początku: Czym różnię się od zwierzęcia? Tym, że mogę poznać Boga. Tym, że moje serce jest tak wielkie, że tylko Bóg może je wypełnić. Św. Augustyn powie: “Stworzyłeś nas, Panie, dla siebie i niespokojne jest nasze serce, dopóki nie spocznie w Tobie”.

Nie dajmy się zwieść pozorom. Można mieć pełny żłób i puste serce. Można ciężko pracować jak koń, a w środku być duchowym bankrutem.

Jezus woła dziś do ciebie: “Jeśli znasz dar Boży”. Ten dar to On sam. Nie woda ze studni, ale Źródło. Nie chleb, który się kończy, ale Chleb Życia.

Panie, daj mi tej wody. Obmyj moje pragnienia. Naucz mnie pragnąć Ciebie nade wszystko. I spraw, abym jak Samarytanka, zostawiwszy swój dzban grzechu i lęku, biegł do innych i mówił: spotkałem Kogoś, kto wie o mnie wszystko i mimo to mnie kocha.

piątek, 27 lutego 2026

II Niedziela Wielkiego Postu – A

 Rdz 12:1-4

Pan rzekł do Abrama: Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i ja będę złorzeczył. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi. Abram udał się w drogę, jak mu Pan rozkazał, a z nim poszedł i Lot. Abram miał siedemdziesiąt pięć lat, gdy wyszedł z Charanu.

2 Tm 1:8b-10

Nie wstydź się zatem świadectwa Pana naszego ani mnie, Jego więźnia, lecz weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga! On nas wybawił i wezwał świętym powołaniem nie na podstawie naszych czynów, lecz stosownie do własnego postanowienia i łaski, która nam dana została w Chrystusie Jezusie przed wiecznymi czasami. Ukazana zaś została ona teraz przez pojawienie się naszego Zbawiciela, Chrystusa Jezusa, który przezwyciężył śmierć, a na życie i nieśmiertelność rzucił światło przez Ewangelię.

Mt 17:1-9

Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: Wstańcie, nie lękajcie się! Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie.


Homilia I

Przemiana

Aby dostrzec Boga i Jego wielkość trzeba nam najpierw "wejść na górę", wspiąć się ponad przyziemne i doczesne sprawy, wyjść z codzienności, udać się "na osobność", wsłuchać się w głos Boga, przyjąć Jego zaproszenie. Bóg zaprasza nas, jak Abrahama; 'wyjdź z twojej ziemi" i z twojego domu, z twoich spraw i małostek. Jak Jezus wziął ze sobą Apostołów, tak i nas pragnie wziąć ze sobą i zaprowadzić "na górę wysoką, osobno". Kto nie chce przyjąć tego zaproszenia i nie chce pójść za Jezusem "na osobność" nigdy nie doświadczy i nie dozna zachwytu wielkością Boga, nigdy nie doświadczy przemienienia, nigdy nie zobaczy ostatecznego sensu i celu swojego życia, zawsze będzie orał nosem po ziemi i szukał tylko doczesnego spełnienia.

Okres Wielkiego Postu jest okazją do takiego wyjścia z siebie i z przyziemności, jest okazją do owej wspinaczki "na górę", aby nie zostać przytłoczonym doczesnością, jest doskonałą okazją do przeżycia i doświadczenia przemiany. Trzeba tylko podjąć wysiłek opuszczenia swojego "małego domku doczesności i interesików".

Czy stać mnie jeszcze na inne spojrzenie na moje życie?

Czy już stale będę tylko zanurzony w codzienności i przyziemnych sprawach?


Homilia alternatywna I

Jego słuchajcie

W każdej perykopie ewangelicznej jest jedno słowo, czasem jedno zdanie, które jest kluczem do tego właśnie fragmentu Ewangelii. Sądzę, że w dzisiejszej Ewangelii tym słowem kluczem jest to, co mówi na Górze Przemienienia głos z obłoku: "Jego słuchajcie".

Przed kilku laty w jednej parafii, gdzie miałem głosić rekolekcje wielkopostne, przed rozpoczęciem rekolekcji proboszcz tej parafii szczerze powiedział: "Musisz pamiętać, że w tej parafii ludzie wyznają taką podstawową zasadę ...

 

"If you don't tell us what we want to hear, we will not listen to what you have to say".

Co znaczy:               "JEŚLI NIE BĘDZIESZ NAM MÓWIŁ TEGO CZEGO CHCEMY SŁUCHAĆ, TO NIE BĘDZIEMY CIĘ W OGÓLE SŁUCHAĆ".

Niestety taka jest mentalność współczesnego człowieka. Chce słuchać tylko i jedynie tego co mu się podoba, co odpowiada jego zapotrzebowaniom, co jest miłe, przyjemne i niewymagające, co nie sprawia "zgrzytu" w uszach i nie zmusza do jakiejkolwiek korekcji życia.

Być posłusznym w naszych czasach, to bardzo trudna i niepopularna sprawa. Kiedy słyszymy, jak to Bóg zażądał od Abrahama rzeczy niezwykłej, najpierw porzucenia ojczyzny i wyjścia z domu swego ojca, a później złożenia jedynego syna w ofierze całopalnej jesteśmy niemal oburzeni i słuchamy tej opowieści z niedowierzaniem. Trzeba się przecież kierować raczej zdrowym rozsądkiem, interesem, zyskiem, realizmem. Nie należy być zbyt uległym i pokornym, bo to nie przynosi żadnych wymiernych korzyści. Abraham jest według naszych standardów myślenia – nieodpowiedzialnym szaleńcem ...

Niby modlimy się w codziennym "Ojcze nasz …… bądź wola Twoja, przyjdź Królestwo Twoje .." ale kto traktuje to poważnie, to taka tylko modlitwa ..

Posłuszeństwo zakonne - ślubowane przez zakonników i zakonnice- uważamy również za jakąś dewiację, a nawet abulię woli lub inną chorobę psychiczną. W ogóle takie słowa jak:

- posłuszeństwo,
- pokora,
- uległość,
-poddanie się woli Bożej

wyrzuciliśmy z naszych codziennych słowników i zaliczamy je do kategorii dobrych być może w średniowieczu, albo co najwyżej przeznaczonych dla dewotek i bigotów.

Jak to więc jest z tym poleceniem Boga Ojca: "To jest Syn mój Umiłowany, Jego słuchajcie"?

"Wierzę w Syna Bożego".  Ale co to znaczy w praktyce? Wierzę w Syna Bożego znaczy także wierzę Synowi Bożemu, słucham Go i ufam Mu.

Do czego zaprasza nas to wezwanie Boga Ojca: "To jest Syn mój Umiłowany, Jego słuchajcie"?

  • Co takiego Chrystus ma nam do powiedzenia, skoro sam Bóg poleca Go słuchać?
  • Co znaczy w moim życiu słuchać Syna Bożego?

Najpierw na pewno trzeba otworzyć uszy z pokorą. Nie mogę usłyszeć Syna Bożego, jeśli moje uszy są zamknięte i ogłuszone jazgotem medialnym. Trzeba najpierw wyłączyć ten jazgot, wyciszyć się i otworzyć uszy na głos Syna Bożego.

A Chrystus ma nam na pewno coś do powiedzenia:

- o nas samych,
- o naszej ludzkiej kondycji, bo sam był CZŁOWIEKIEM,
- o naszym życiu,
- o jego ostatecznym przeznaczeniu i sensie.

On ma nam do powiedzenia coś, o czym nie powiedzą nam żadne inne media i nie podpowiedzą żadne reklamy. Posłuszeństwo Chrystusowi, słuchanie Chrystusa to nie choroba, czy abulia woli, to nie pozbycie się odpowiedzialności, ani alienacja, jak chce ateizm, czy też wyraz słabości, jak zapewnia sartrowski egzystencjalizm.

Słuchać Syna Bożego to iść za Tym, Który jest Zbawicielem i Odkupicielem człowieka. To zaufać Temu, Który na pewno wie jaka jest moja bieda i na pewno wie jak mnie z tej biedy wyprowadzić.

A przecież słuchać Chrystusa, to odkryć prawdziwe znaczenie człowieczeństwa i moje ostateczne przeznaczenie, jakim jest stanie się dzieckiem Bożym. Tylko, że takie perspektywy i takie horyzonty to pewno już za dużo dla człowieka, który nie chce słuchać nikogo poza samym sobą, a już na pewno nie kogoś, kto jest dla niego zbyt wymagający ... A Chrystus jest wymagający, bo nie jest połowiczny, ani eufemistycznie naiwny i nawołując do nawrócenia i zawierzenia Ewangelii, jest bardzo rzeczowy i konkretny. On nie pieści ludzkich uszu tanimi sloganami i nie szuka poklasku ani aplauzu, tylko dobra człowieka ... czasami dobra trudnego ...

Chrystus nie mówi nam tego czego chcemy słuchać, co jest dla nas przyjemnie i miłe, ale to co jest dla nas do zbawienia konieczne.

Podstawowym jednak warunkiem do tego jest SŁUCHANIE, otwarcie uszu i serca. Chrystus nie powie mi NIC, jeśli zamknę uszy na Jego słowa, jeśli zamknę serce na Jego naukę. Chrystus nie powie mi nic jeśli ja sam trwam uparcie w swoich przekonaniach i odrzucam Jego naukę. Taka właśnie postawa -zatwardziałość serca- charakteryzowała Izraelitów na pustyni. Nie chcieli słuchać Boga, przemawiającego przez Mojżesza i Aarona, bo zatwardziałe było ich serce. Oni po prostu wiedzieli lepiej, oni nie chcieli słuchać bo bali się, że musieliby coś zmienić s swoim życiu.

Słuchanie Chrystusa, to wzięcie odpowiedzialności w swoje ręce, to rozpoznanie swojego prawdziwego miejsca i roli w świecie, to wyraz siły i uznania wielkości człowieka, ale zarazem prawda o jego słabości i ułomności. Tak łatwo dajemy się kierować reklamom, tak łatwo słuchamy fałszywych współczesnych proroków i idoli, a tak trudno jest nam zawierzyć, zaufać Bogu.


Homilia alternatywna II

Przemienienie na Górze Tabor

Można patrzeć i nie widzieć, można słuchać i nie słyszeć, można słyszeć i widzieć, a mimo to być ślepym i głuchym wewnętrznie na to, co się widzi i słyszy. I tak jest chyba w wypadku wielu współczesnych zobojętniałych chrześcijan. Tak chyba zresztą było i w wypadku Apostołów; Piotra, Jana i Jakuba, którzy byli przecież świadkami niezwykłego wydarzenia, widzieli i słyszeli, a przecież nie zrozumieli i nie rozumieli jeszcze bardzo długo. "Dobrze, że tu jesteśmy ..." - mówi Piotr w zachwycie. "Zostańmy tutaj, bo tak nam tu dobrze". Jakże wielu chrześcijan dzisiejszych szuka w religii tylko takich właśnie zachwytów i uniesień? Ale kiedy przychodzą chwile próby ich wiary, kiedy trzeba zdać egzamin moralny z głębi tego, w co wierzą, to tak szybko zapominają o zachwytach i są zdziwieni, uciekają, odchodzą, jak Piotr w czasie męki i ukrzyżowania.

Można patrzeć i nie widzieć, można słuchać i nie słyszeć, można być ślepym i głuchym wewnętrznie ... I dlatego może trzeba abyśmy zrozumieli, co chce nam powiedzieć Bóg Ojciec w słowach: "To jest Syn mój wybrany, Jego słuchajcie". Chrystus ma nam na pewno coś do powiedzenia i to na pewno coś głębszego i bardziej substancjalnego, niż tylko powierzchowne zachwyty i uniesienia. Chce nam mówić o miłości, ale o miłości wymagającej i nie sentymentalnej, chce mówić o przebaczeniu i o zbawieniu, ale nie na siłę i wbrew woli człowieka, chce być przyjacielem i bratem, ale nie narzucającym się i raczej szanującym wolność ludzkiego wyboru. Chce nam powiedzieć o niebie i tam nas doprowadzić, ale nie w sposób naiwny i czułostkowy. Chce nas zaprowadzić z Góry Tabor - góry przemienienia na Górę Kalwarię. Bo tylko tamtędy wiedzie droga do Góry Wniebowstąpienia, do zbawienia i szczęścia wiecznego. Czy jestem na to gotowy? Piotr był zachwycony na Górze Przemienienia, ale nieobecny na Kalwarii ... Musiał jednak i on przejść swoją Kalwarię, aby zostać już na zawsze ze swoim Mistrzem ... Góra przemienienia to tylko etap, tak jak i Kalwaria, i warto o tym pamiętać w chwilach uniesień, ale i w chwilach prób i doświadczeń.


Przemiana

Aby dostrzec Boga i Jego wielkość trzeba nam najpierw "wejść na górę", wspiąć się ponad przyziemne i doczesne sprawy, wyjść z codzienności, udać się "na osobność", wsłuchać się w głos Boga, przyjąć Jego zaproszenie. Bóg zaprasza nas, jak Abrahama; 'wyjdź z twojej ziemi" i z twojego domu, z twoich spraw i małostek. Jak Jezus wziął ze sobą Apostołów, tak i nas pragnie wziąć ze sobą i zaprowadzić "na górę wysoką, osobno". Kto nie chce przyjąć tego zaproszenia i nie chce pójść za Jezusem "na osobność" nigdy nie doświadczy i nie dozna zachwytu wielkością Boga, nigdy nie doświadczy przemienienia, nigdy nie zobaczy ostatecznego sensu i celu swojego życia, zawsze będzie orał nosem po ziemi i szukał tylko doczesnego spełnienia.

Okres Wielkiego Postu jest okazją do takiego wyjścia z siebie i z przyziemności, jest okazją do owej wspinaczki "na górę", aby nie zostać przytłoczonym doczesnością, jest doskonałą okazją do przeżycia i doświadczenia przemiany. Trzeba tylko podjąć wysiłek opuszczenia swojego "małego domku doczesności i interesików".

Czy stać mnie jeszcze na inne spojrzenie na moje życie?

Czy już stale będę tylko zanurzony w codzienności i przyziemnych sprawach?


Homilia alternatywna III

oto jestem …

Bóg tak głęboko wchodzi w historię człowieka, że staje się jednym z nas (1Tm 2:5). A robi to nie dla siebie, nie po to, że Jemu jest to potrzebne, ale dla człowieka. On nie tylko stał się jednym z nas, On stał się, On nadal jest dla nas. Ta bliskość i obecność Boga wyraża się szczególnie w drugim dzisiejszym czytaniu, ale -na dobrą sprawę- całe Pismo Św. jest historią Boga, który jest z człowiekiem i dla człowieka. Kiedy Chrystus na górze Tabor objawia swoją boskość, to czyni to także dla człowieka, chcąc przygotować swoich uczniów na chwilę ostatecznej próby, ale zarazem pokazać, że oto Bóg jest z człowiekiem.

Pozostaje jednak pytanie: „Czy ja jestem z i dla Boga? Czy jak Abraham potrafię w ekstremalnych warunkach zaufać Bogu do końca i odpowiedzieć –jak on, ojciec wierzących- oto jestem? To bycie Boga z i dla człowieka wyraziło się najpełniej w męce i śmierci Chrystusa na Krzyżu. Tutaj Bóg poszedł niejako „na całość”. Tutaj pokazał, jak bardzo jest z nami i dla nas.


Homilia alternatywna IV

W drugą niedzielę Wielkiego Postu Kościół stawia nam przed oczyma niezwykłe wydarzenie – przemienienie Pańskie na górze Tabor. To jakby przedsmak wielkanocnego poranka, chwila, gdy Jezus odsłania przed uczniami swoją boską chwałę. Dlaczego właśnie teraz, w czasie pokuty i przygotowania? Bo Wielki Post to nie tylko droga krzyża, ale także droga nadziei. Patrzymy na cel, by nie ustawać w trudzie wędrówki.

1. Wyjście Abrama – wiara, która opuszcza

Pierwsze czytanie ukazuje nam Abrama, który słyszy głos Boga: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę”. Abram ma siedemdziesiąt pięć lat, ma już swoje przyzwyczajenia, swoją ziemię, swój lud. Bóg jednak wzywa go do radykalnego wyjścia – nie tylko geograficznego, ale przede wszystkim duchowego. Abram ma zostawić to, co znane, i pójść w nieznane, ufając jedynie obietnicy. I czytamy: „Abram udał się w drogę, jak mu Pan rozkazał”.

To jest obraz naszej wiary. My także, często w dojrzałym wieku, słyszymy Boże wezwanie do nawrócenia, do opuszczenia naszych duchowych „ziem rodzinnych” – czyli grzechów, przyzwyczajeń, wygody, ludzkich zabezpieczeń. Bóg obiecuje błogosławieństwo, ale nie daje mapy. Mówi: „pójdź, a zobaczysz”. Wielki Post to czas, by na nowo podjąć to wyjście. By uwierzyć, że Bóg prowadzi nas do kraju, który jest większy niż nasze wyobrażenia.

2. Przemienienie – chwała, która umacnia

Ewangelia prowadzi nas na górę. Piotr, Jakub i Jan widzą Jezusa w blasku, rozmawiającego z Mojżeszem i Eliaszem – tymi, którzy reprezentują Prawo i Proroków. Cała historia zbawienia skupia się wokół Chrystusa. Piotr zachwycony woła: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy! Postawimy namioty”. Chce zatrzymać tę chwilę, chce mieszkać w świetle. Ale to nie czas na namioty. Z obłoku pada głos: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie”.

To kluczowe przesłanie. Na górze uczniowie widzą chwałę, ale mają też usłyszeć, że droga do tej chwały prowadzi przez krzyż. Ewangelista Łukasz dodaje, że Mojżesz i Eliasz rozmawiali z Jezusem o Jego odejściu, które miało dokonać się w Jerozolimie. Przemienienie jest więc umocnieniem przed męką. Uczniowie zobaczyli, kim naprawdę jest ich Mistrz, by potem, w godzinie próby, nie zwątpili.

My także potrzebujemy czasem takich „górskich” chwil – łaski, uniesienia, bliskości Boga. Ale nie po to, by na nich pozostać. One są po to, byśmy potem, schodząc w dolinę codzienności, mieli siłę iść za Jezusem, nawet gdy droga wiedzie przez ciemność. „Jego słuchajcie” – to znaczy: słuchaj Go nie tylko wtedy, gdy mówi rzeczy miłe, ale i wtedy, gdy mówi o krzyżu, o zaparciu się siebie, o miłości nieprzyjaciół.

3. Nie wstydzić się świadectwa – łaska na trudne dni

Święty Paweł pisze do Tymoteusza: „Nie wstydź się zatem świadectwa Pana naszego ani mnie, Jego więźnia, lecz weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii”. Tymoteusz jest młody, może lękliwy. Paweł zachęca go, by nie dał się sparaliżować ludzkiemu wstydowi czy strachowi. Mocą nie są nasze zdolności, ale „moc Boga”, który nas wybawił i wezwał świętym powołaniem.

I tu dochodzimy do sedna: ta moc jest nam dana w Chrystusie Jezusie „przed wiecznymi czasami”, a objawiła się przez Jego zwycięstwo nad śmiercią. To znaczy, że nasze życie wieczne, nasze przemienienie, jest już przygotowane. My je tylko odkrywamy i w nie wchodzimy. Wielki Post to czas, by uświadomić sobie, że chwała jest naszym przeznaczeniem, ale droga do niej prowadzi przez codzienne umieranie dla grzechu, przez trudy i przeciwności.

Zakończenie – zejść z góry, ale nieść światło

Na koniec Jezus mówi uczniom: „Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie”. Dlaczego? Bo najpierw musi się dokonać Pascha. Najpierw krzyż, potem zmartwychwstanie. My, którzy już znamy całość, wiemy, że po Wielkim Poście przychodzi Wielkanoc. Ale ta droga jest konieczna.

Bracia i siostry, w tym tygodniu, gdy będziemy podejmować posty, jałmużny i modlitwy, pamiętajmy, że nie są one celem samym w sobie. One są naszym wyjściem z ziemi grzechu, naszym wchodzeniem na górę spotkania z Bogiem. By potem, gdy przyjdzie próba, usłyszeć w sercu: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie”. I byśmy mieli odwagę schodzić w dolinę, niosąc światło przemienienia innym. Amen.


Homilia alternatywna V

Tabor: Blask, który daje siłę na drogę

W drugą niedzielę Wielkiego Postu liturgia Kościoła wyprowadza nas z pustyni, gdzie tydzień temu mierzyliśmy się z pokusami, i prowadzi na Górę Wysoką. Dzisiejsze czytania to opowieść o trzech etapach duchowego życia: o ryzyku wyjścia (Abram), o zachwycie celem (Jezus na Taborze) i o trudzie codziennego świadectwa (Paweł i Tymoteusz).

  1. Abram: Odważ się opuścić swój "namiot"

Pierwsze czytanie ukazuje nam moment przełomowy w historii zbawienia. Bóg mówi do Abrama: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej”.

  • Komfort vs. Obietnica: Abram ma 75 lat. To wiek, w którym szuka się stabilizacji, a nie przygody. Bóg jednak prosi go, by zostawił to, co znane i bezpieczne, na rzecz „kraju, który mu ukaże” (nie mówi nawet, gdzie on jest!).
  • Lekcja dla nas: Wielki Post to właśnie takie wezwanie do „wyjścia”. Może to być wyjście z nałogu, z toksycznej relacji, ale najczęściej jest to wyjście z własnego egoizmu i duchowego lenistwa. Wiara Abrama nie polegała na teoretycznym uznaniu istnienia Boga, ale na spakowaniu manatków i pójściu w nieznane.
  1. Przemienienie: Dlaczego Piotr chciał zostać na górze?

Ewangelia o Przemienieniu Pańskim jest sercem dzisiejszej liturgii. Jezus zabiera trzech uczniów na górę, by pokazać im swoją chwałę. Dlaczego robi to właśnie teraz? Ponieważ chwilę wcześniej zapowiedział im swoją mękę i śmierć.

  • Zaliczka Nieba: Przemienienie nie było tylko „pokazem świateł”. Było umocnieniem uczniów przed ciemnością Wielkiego Piątku. Jezus wiedział, że kiedy zobaczą Go skatowanego na krzyżu, będą potrzebowali wspomnienia Jego twarzy jaśniejącej jak słońce.
  • Błąd Piotra: Piotr mówi: „Dobrze, że tu jesteśmy, postawię trzy namioty”. Chciał zatrzymać chwilę, zamknąć Boga w bezpiecznym miejscu. Ale na Taborze nie buduje się namiotów. Tabor jest stacją benzynową dla duszy – tutaj nabieramy paliwa, by móc zejść w dół, do doliny codziennych problemów i cierpienia.

„To jest mój Syn umiłowany... Jego słuchajcie!”

Głos Ojca z obłoku to najważniejsza wskazówka tego postu. Słuchanie Jezusa jest ważniejsze niż widowiskowe wizje. Słuchanie Go w Jego Słowie i w drugim człowieku.

  1. Trud dla Ewangelii: Moc ukryta w słabości

Święty Paweł w drugim czytaniu rzuca nam wyzwanie: „Weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga!”.

To dopełnienie obrazu:

  • Abram uczy nas początku drogi (decyzji).
  • Jezus na Taborze pokazuje nam cel drogi (zmartwychwstanie).
  • Paweł mówi o treści drogi (trudzie świadectwa).

Chrześcijaństwo nie jest obietnicą braku problemów. Jest obietnicą, że w tych trudach nie jesteśmy sami, bo Jezus „przezwyciężył śmierć, a na życie rzucił światło”.

Podsumowanie: Jak żyć tymi tekstami?

PostaćKluczowe działanieWyzwanie dla mnie
AbramWyjście w nieznaneZ jakiego przyzwyczajenia muszę wyjść w tym poście?
PiotrChęć zatrzymania chwałyCzy potrafię dostrzec obecność Boga w szarej codzienności, a nie tylko w "emocjach"?
JezusPrzemienienie i dotykJezus dotyka uczniów i mówi: "Nie lękajcie się". Czy pozwalam Mu na ten dotyk w spowiedzi?

Wielki Post to czas, w którym Jezus chce nas przeprowadzić przez naszą własną górę Tabor. Nie po to, byśmy tam zostali, ale byśmy po powrocie do naszych domów, pracy i obowiązków, patrzyli na świat „przemienionymi” oczami.

Gdy uczniowie podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. To jest cel naszych rekolekcji i postu: aby w naszym życiu, pośród szumu i lęku, został w końcu tylko On.